O przyjmowaniu granic z ufnością. Ewangelia na XX niedzielę zwykłą.
![]() |
| źródło: pinterest.com |
Mt 15,21-28
Jezus podążył w okolice Tyru i Sydonu. A oto kobieta kananejska, wyszedłszy z tamtych stron, wołała: «Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida! Moja córka jest ciężko nękana przez złego ducha». Lecz On nie odezwał się do niej ani słowem.
Na to podeszli Jego uczniowie i prosili Go: «Odpraw ją, bo krzyczy za nami».
Lecz On odpowiedział: «Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela».
A ona przyszła, padła Mu do nóg i prosiła: «Panie, dopomóż mi».
On jednak odparł: «Niedobrze jest zabierać chleb dzieciom, a rzucać szczeniętom».
A ona odrzekła: «Tak, Panie, lecz i szczenięta jedzą okruchy, które spadają ze stołu ich panów».
Wtedy Jezus jej odpowiedział: «O niewiasto, wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak pragniesz!» Od tej chwili jej córka była zdrowa.
Są fragmenty Ewangelii, które od razu przynoszą pocieszenie.
I są takie, przy których pierwszą reakcją jest irytacja i niepokój. Czasami niezrozumienie. Dlaczego Jezus, który tak często pochyla się nad cierpiącym człowiekiem, w spotkaniu z Kananejką jest milczący i oschły?
Kobieta przychodzi do Jezusa, bo jej córka jest dręczona przez zło. Woła za Nim, prosi o pomoc. Jezus jednak milczy. Uczniowie są już chyba zmęczeni całą sytuacją i mówią: „Odpraw ją, bo krzyczy za nami”. Jezus odpowiada, że został posłany do zagubionych owiec z domu Izraela. Brzmi to bardzo urzędowo. Kobieta mimo to nie odchodzi. Pada przed Nim i prosi dalej.
A wtedy słyszy jeszcze trudniejsze słowa o chlebie dzieci i szczeniętach.
Gdy czytam tę scenę po raz pierwszy, mam ochotę zapytać Jezusa, co ma na celu to zachowanie. Staję po stronie kobiety. Więcej - sama się nią czasami czuję. Czuję gniew z powodu tego, co czytam.
Przecież znamy Go jako Tego, który dostrzega chorych, głodnych, zagubionych. Który wzrusza się nad tłumem. A tutaj milczy, potem stawia granicę, a na końcu używa obrazu, który może tę kobietę naprawdę zaboleć.
I chyba właśnie dlatego warto nie uciekać od tego pierwszego wrażenia. Bo ta scena jest naprawdę trudna.
Uczniowie również nie wypadają tutaj szczególnie dobrze.
Nie wiemy z całą pewnością, jak dokładnie rozumieć ich słowa. Czy chcą, żeby Jezus spełnił jej prośbę i w ten sposób zakończył sprawę, czy po prostu chcą, żeby przestała za nimi chodzić. W obu przypadkach można jednak zauważyć coś bardzo ludzkiego: chcą, żeby sytuacja została rozwiązana.
Jest problem. Zróbmy coś, żeby problem zniknął.
Najbardziej porusza mnie w tej kobiecie to, że nie próbuje udowodnić Jezusowi, że Jego granica jest bez sensu. Nie mówi: „Nie masz prawa tak mnie traktować”. Nie udaje też, że problemu nie ma. Słyszy o tym, że Izrael ma pierwszeństwo. I odpowiada: „Tak, Panie, lecz i szczenięta jedzą z okruszyn, które spadają ze stołu ich panów”. (Mt 15, 27).
To jest dla mnie niezwykłe świadectwo. Bo ona widzi to i nie kłóci się z tym, że nie jest pierwsza. Ale nie uznaje, że jest nieważna. Nie domaga się wyjątkowego miejsca przy stole. Nieważne, czy chodzi o ostatnie miejsce czy ostatni okruch. Ta kobieta ma niezwykłe poczucie godności, bo wie, że ta historia jest też o niej. Wtedy odkryłam, czym w zasadzie jest pokora.
Jezus nie chwali jej za to, że udało jej się Go przekonać. Chwali jej wiarę, która nie zniknęła wtedy, gdy nie rozumiała Jego słów. Mimo okoliczności, które mogły ją wręcz zniechęcić, ona nadal pozostaje przy Jezusie.
Widocznie pod całą tą wytrwałością było coś więcej.
Ona nie przestała ufać Jezusowi wtedy, kiedy Go nie rozumiała.
Nie przestała ufać, kiedy milczał.
Nie przestała ufać, kiedy usłyszała coś, co mogło ją zranić.
Nie musi przestać być sobą, żeby jej wiara została zauważona.
A co z uczniami? To chyba jeden z najbardziej niewygodnych szczegółów tej historii. To przecież oni są Mu najbliżsi. Są Żydami, a nie obcymi. Chwilę wcześniej to oni chcieli, żeby ją odprawić. A Jezus chwali wiarę kobiety. I może właśnie dlatego ta scena jest również lekcją dla nich.
Mateusz pokazuje uczniom - a przez nich całemu Kościołowi - człowieka, którego łatwo byłoby uznać za „nie naszego”. Obcą kobietę, pogankę, kogoś spoza własnej wspólnoty.
A jednak to właśnie ona staje się przykładem wiary.
Dla nas uczniów-misjonarzy ten fragment Ewangelii naprawdę może być trudny, ale jednocześnie cenny. Bo uczymy się nie tego, żeby wszystkim pozwalać przekraczać granice. Nie tego, żeby nigdy nie mówić „nie”. Nie tego, żeby człowiek musiał walczyć o swoje miejsce. Raczej tego, że granica nie może stać się wymówką, by przestać widzieć człowieka. Że drugi człowiek nie jest najpierw petentem i problemem do rozwiązania.
Może właśnie dlatego ta scena tak długo mnie drażniła. Jezus jest tutaj trudny do zrozumienia, uczniowie są irytujący, a kobieta jest obca i nie przestaje mówić. Gdyby zatrzymać się na pierwszym wrażeniu, niewiele zostaje z Dobrej Nowiny. Dopiero kiedy zostaniemy przy tym tekście trochę dłużej, okazuje się, że pod całą jego szorstkością jest coś niezwykle pięknego: Jezus patrzy głębiej. Na serce człowieka.
I może czasem wiara wygląda właśnie tak: „Nie rozumiem Cię, ale nie odejdę”; „Nie wiem, dlaczego milczysz, ale nadal będę wołać”; „Wiem, że nie jestem najważniejsza. Ale wierzę, że jest miejsce również dla mnie”.
I chyba właśnie dlatego Kananejka nie jest dla mnie już tylko kobietą, która była wytrwała.
Jest kobietą, która zna swoje miejsce przed Bogiem - ale nie zapomina przy tym o swojej godności.


