Zanim zacznę uciekać

źródło: pinterest.com

O sztuce niezagłuszania emocji

Zdarzyło mi się parę razy w te wakacje stanąć po swojej stronie, choć generalnie nie jest to mój pierwszy wybór. Korzystając z wolnego czasu wybrałam się na kilkudniowe rekolekcje, gdzie mogłam być offline, poznawałam nowych ludzi i całe dnie spędzałam na zewnątrz, wbrew mojej naturze domatorki. Pomyślałam, że należy mi jakiś ciekawy wyjazd. Nie żałuję niczego, choć to, czego się o sobie dowiedziałam, nie należało do najprzyjemniejszych informacji.

Częścią tego kilkudniowego wydarzenia była codzienna Eucharystia. Jedna z nich przypadała we wspomnienie Najświętszej Maryi Panny Królowej. Wtedy odczytano z Ewangelii, słynny hymn Magnificat. 

 

„Wielbi Pana moja dusza i mój duch rozradował się w Bogu, moim Zbawicielu, bo spojrzał na uniżenie swojej służebnicy. Odtąd wszystkie pokolenia będą mnie nazywać szczęśliwą, gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmogący. Święte jest Jego imię! Jego miłosierdzie przez wszystkie pokolenia dla tych, którzy się Go boją.” (Łk  1, 46-49)

 

Pismo Święte jest zawsze zaskakujące, bo możesz czytać jakiś tekst dziesiątki razy, a i tak może cię zaskoczyć. Magnificat zawsze był dla mnie pochwałą Stwórcy, wyśpiewaną przez pokorną Maryję. Przynajmniej dopóki nie zwrócono mi uwagi: Hej, Ona nie tyle chwali Boga, ile dziękuje Mu w tym hymnie za swoje życie.

Maryja spotyka się z Elżbietą już po Zwiastowaniu; śpiewa hymn Panu wiedząc, że jest w ciąży, i tak naprawdę nie wie, czego się do końca spodziewać po fakcie zostania Matką Syna Bożego. A jednak nie waha się powiedzieć Bogu: „Dziękuję” za historię swojego życia. 

Zmartwiło mnie to. Teksty Ewangelii są niezwykle życiodajne i inspirujące, ale czasami szczególnie bolą albo uwierają. Zadałam sobie pytanie czy ja tak potrafię, niezależnie od tego, co tak naprawdę wydarzyło się w moim życiu.  

Częścią rekolekcji była też nauka łagodności wobec siebie - także wobec swojego ciała, emocji czy nieprzyjemnych sytuacji. To była wyznaczona godzina czasu na pobycie samemu ze sobą na łonie natury. Wpadłam na pomysł, żeby po prostu położyć się na polu na kocu, w zupełnie przypadkowym miejscu i zobaczyć co się stanie. To nie był jedynie odpoczynek. Odkryłam wtedy, że jestem kimś więcej niż obserwatorem stworzenia. Raczej nareszcie czułam się jego częścią, kiedy się położyłam wśród drzew i kwiatów, i nic nie musiałam robić. Prowadzący powtarzali nam przed medytacją: Bóg patrzy na Ciebie łagodnie, na takiego jaki jesteś w tej chwili, bo bardzo Cię kocha. Czemu Ty nie patrzysz tak na siebie?”.

Maryja mogła nie rozumieć wszystkich wydarzeń, które się z nią działy od Zwiastowania po Krzyż i Zmartwychwstanie Jej Syna, ale rozważała je, dostrzegała ich wartość w jej życiu i oddawała je Bogu. Maryja, poza postawą wdzięczności za swoje życie, uczy mnie także przyjmowania tego, co jest, takim, jakie jest.

Odkryłam, że w moim przypadku, trudno jest uznać obecność nieprzyjemnych rzeczy czy stanów. O wiele łatwiej jest szukać rozwiązań na to, by one zniknęły... 

Coś boli? Trzeba natychmiast uśmierzyć. Coś jest trudne? Zagłuszyć. Coś się wydarzyło? Zapomnieć. Coś budzi silne emocje? Dokładnie przeanalizować. 

Doszłam do wniosku, że dzisiejszy świat zupełnie nie ułatwia mi bycia łagodną wobec siebie. Social media, konsumpcjonizm, reklama, pogoń za karierą i sukcesem uczą nas ciągłego porównywania, motywują do ciągłych zmian, życia w biegu oraz bycia na czasie, ale jakby trochę poza nim. Muszę być lepsza, bardziej produktywna, bardziej atrakcyjna, bardziej ogarnięta, bardziej trendy... 

A może wcale nie..? 

Przyjmowanie własnych emocji i stanu, w którym się znajduję jest uczeniem się miłości i łagodności, oraz odrzucaniem postawy, że to jak się czujemy jest tylko problemem do natychmiastowego rozwiązania. 

Tamtego dnia na kocu nie rozwiązałam żadnego ze swoich problemów. Przez tę godzinę nie stałam się też nagle mistrzynią łagodności wobec siebie. Po prostu leżałam na trawie, czułam swoje ciało, słyszałam to, co działo się dookoła i pozwalałam sobie być dokładnie tam, gdzie byłam, choć nie wszystko mi się podobało. 

Może właśnie tego warto uczyć się od Maryi. Nie tego, że każda historia jest łatwa ani że wszystko od razu ma sens. Raczej tego, że można stanąć wobec swojego życia i powiedzieć Bogu: „To jest moje życie. To właśnie teraz przeżywam. I chcę Ci to oddać”. 

To co chciałabym, żeby we mnie zostało z tamtych doświadczeń i spotkań to przeświadczenie, że warto spróbować po prostu być i nic z tym nie robić. Że daje o wiele więcej pokoju i radości, niż ucieczka.  

Może właśnie tak to jest kiedy na serio stajesz po swojej stronie. Nie przez natychmiastowe naprawianie siebie, tylko przez zgodę na to, że dzisiaj właśnie taka jestem. Z emocjami, których nie rozumiem, z historią, której nie potrafię jeszcze pobłogosławić i z życiem, które nie zawsze układa się tak, jak bym chciała. I może właśnie tam, w tym zwyczajnym „jestem”, Bóg na mnie czeka i wychodzi na spotkanie. 

 

  

 

Cytat pochodzi z Biblia. Stary i Nowy Testament. Najnowszy przekład z języków oryginalnych. Edycja Świętego Pawła, Częstochowa 2015.  


Najchętniej czytane