Kiedy owieczka się gubi. O spowiedzi, wstydzie i powrocie do Boga

źródło: pinterest.com

Spotkanie bez tortur 

Chcę, aby dzisiejsza kartka z pamiętnika mojej podróży dotknęła szczególnie ważnego tematu w Kościele. Dobrze wiemy, że są takie momenty, kiedy Owieczka po prostu się gubi.

Nie zawsze dlatego, że odrzuciła Pana Boga. Nie zawsze dlatego, że przestało jej zależeć. Czasem po prostu idzie swoją drogą, próbuje sobie poradzić, podejmuje decyzje, których potem żałuje, albo po prostu w pewnym momencie orientuje się: „Chyba już nie wiem, gdzie jestem”.

I wtedy pojawia się spowiedź.

Dla wielu osób to trudny temat. Przyznam, że przez lata dla mnie też raczej nie należał do najprzyjemniejszych. Czasem kojarzy się z lękiem, wstydem albo poczuciem, że trzeba stanąć przed kimś i przyznać: „Nie poradziłem sobie”. Gdy spotykam ludzi zainteresowanych perspektywą teologa na temat spowiedzi, bardzo często pojawiają się pytania: „Dlaczego mam mówić obcemu człowiekowi o swoich grzechach?”, „Co on sobie o mnie pomyśli?”, „Co kogo to interesuje, co właściwie wydarzyło się w moim życiu?”, 

Prawda jest taka, że spowiedź bywa trudna. Sama tego doświadczam. To nie jest dla mnie łatwy moment. Są emocje, jest wstyd, czasem niepewność. Za każdym razem bardzo się denerwuję, gdy oczekuję na swoją kolej. Ale z czasem coraz bardziej odkrywam, że spowiedź nie jest sakramentem tortur. Ostatnio zrozumiałam, że w spowiedzi nie przychodzę po to, żeby udowodnić, że byłam w czymś beznadziejna. Przychodzę, bo potrzebuję spotkania.
 
Czasem przychodzę do Pana Jezusa z myślą: „Nie wiem już do końca, co się dzieje w moim sercu. Nie wiem, czy dobrze wybrałam. Nie wiem, dlaczego tak zareagowałam. Wiem tylko, że potrzebuję Twojego światła”.

Bo przecież wiele naszych upadków nie wynika z tego, że człowiek nagle postanawia być zły. Czasem wynikają ze słabości, zranień, braku cierpliwości, nieuporządkowanych emocji, zmęczenia, lęku, trudnej sytuacji życiowej. To nadal są rzeczy, które trzeba nazwać i oddać Bogu, w takich sytuacjach również może pojawić się grzech. Na szczęście Pan Jezus nie patrzy na nas jak na przypadki beznadziejne, nawet jeśli grzech się pojawi. On patrzy jak na swoje dzieci, i często gdy się spowiadam jest mi to przypominane.

Ważną rolę może mieć tutaj również spowiednik. Oczywiście, że są różni spowiednicy i każdy z nas może mieć różne doświadczenia. Czasem spotkamy kogoś, przy kim łatwiej otworzyć serce, a czasem doświadczenie będzie trudniejsze, a wręcz traumatyczne dla niektórych osób. Sama wiem, że nie każda spowiedź była dla mnie doświadczeniem uwalniającym. Niektóre wywoływały u mnie lęk, a inne poczucie, że naprawdę jestem kochana. Inne sprawiały, że w zasadzie nie czułam nic, jakby była tam jedynie formalność. 

Warto też pamiętać, że kapłan, który posługuje spowiedzią, czasami sam może mieć gorszy dzień, albo jakieś problemy. Kapłan nie jest Bogiem, ale w sakramencie działa mocą Chrystusa i w Jego imieniu. Pytania, które czasami są zadawane mają mu pomóc rozeznać się w naszej sytuacji, a nasze odpowiedzi pomogą w znalezieniu odpowiednich słów pocieszenia i drogowskazów. Nie jest to wścibstwo czy szpiegostwo, ale pytania, które mają pomóc kapłanowi lepiej zrozumieć sytuację człowieka i udzielić mu odpowiedniej pomocy duchowej.

W wyjątkowych sytuacjach, gdy sposób prowadzenia spowiedzi nie pomaga człowiekowi spotkać się z Bożym miłosierdziem albo prowadzi do poważnego zamętu, można poprosić o zakończenie spowiedzi i poszukać innego spowiednika. Czasami styl spowiedzi może nie przemawiać do nas, i wtedy warto szukać kogoś z kim rzeczywiście będziemy mogli wejść w dialog, który będzie nas przybliżał do Boga. Dlatego tak ważne jest, by modlić się również o własną dobrą spowiedź i spowiednika, który naprawdę będzie kierował się miłosierdziem, a w konfesjonale będzie po prostu... ludzki.

Kiedy trafiamy na kogoś, kto pomaga nam zobaczyć, że za kratkami konfesjonału nie siedzi ktoś, kto chce nas zniszczyć, ale ktoś, kto w imieniu Chrystusa prowadzi nas ku przebaczeniu - wtedy powoli zaczyna coś się zmieniać. Spowiedź staje się miejscem, gdzie można odważniej powiedzieć: „Panie Jezu, muszę z Tobą porozmawiać o czymś trudnym, bo sama nie jestem w stanie unieść wszystkiego.” Staje się miejscem, gdzie można powiedzieć Bogu nawet o swoim gniewie, rozczarowaniu czy bólu. Można powiedzieć, że jest się na Niego złym albo że coś nas zraniło. Jest miejscem, gdzie nie trzeba się nawet powstrzymywać od płaczu, albo od drobnego uśmiechu. Czasem trzeba przynieść Bogu nie tylko konkretne grzechy, ale również swoje zagubienie. Powiedzieć Mu: „Nie rozumiem siebie. Nie wiem, dlaczego tak zrobiłam. Pomóż mi zobaczyć prawdę. Pokaż mi drogę”.

Im więcej doświadczam bycia przyjętą, tym bardziej rozumiem, że ten trudny sakrament  jest czymś więcej niż „wyczyszczeniem listy błędów”. To powrót do głębokiej relacji, która uległa zranieniu lub nawet zupełnemu zerwaniu, ale także zaproszenie do przemiany życia. To chwila, w której Owieczka, która odeszła trochę dalej, może znowu podejść do Pasterza. Bo Jezus nie oczekuje w konfesjonale na ludzi, którzy nigdy nie upadają. Takich ludzi nie ma i nigdy nie będzie. 

On czeka na tych, którzy przychodzą utrudzeni i obciążeni. Na tych, którzy mówią: „Panie Jezu, pogubiłam się. Ale chcę wrócić”. 

Od szczerości i współczucia zaczyna się prawdziwe spotkanie. 


Najchętniej czytane