Lekki powiew obecności
![]() |
| źródło: pinterest.com |
Nie znoszę być sama. To bardzo smutne, a momentami takie przerażające.
Smutne jest szczególnie wtedy, gdy ten stan ciągnie się nieskończenie długo. Masz za sobą długi, czasami trudny dzień, a nie ma obok Ciebie nikogo, kto przywita Cię uśmiechem, zapyta, jak minął Ci dzień, zaparzy herbatę, powygłupia się z Tobą, przytuli albo po prostu będzie. Przerażające jest wtedy, gdy chcesz coś zrobić, ale inni nie chcą albo nie mają ochoty, albo kiedy coś jest nowe i nie ma z Tobą nikogo, z kim można podzielić obawy na pół. Zawsze mnie to irytowało. W pewnym sensie irytuje do dziś.
Moje doświadczenie może być wyjątkowe, ale na pewno nie jest jedyne. Z samotnością zmagają się ludzie w różnym wieku i z bardzo różnych powodów. Dzisiaj szczególnie łatwo zauważyć ten paradoks. Żyjemy w świecie, w którym możemy być połączeni z innymi praktycznie cały czas, a jednocześnie wcale nie musi to oznaczać, że czujemy się zauważeni czy wysłuchani. W internecie oglądamy przede wszystkim to, co u innych najlepsze, podczas gdy własne poczucie samotności zostaje gdzieś za zamkniętymi drzwiami. Czasami jedynym kompanem człowieka zostaje nawet asystent zaprogramowany przez sztuczną inteligencję, bo zawsze odpowie i nie odrzuci użytkownika bez względu na to, co ten powie czy zrobi.
A przecież ludzie doświadczali samotności na długo przed tym, zanim ktokolwiek pomyślał o internecie czy sztucznej inteligencji. Można być samotnym nawet wtedy, gdy wokół są inni.
Dobrze pokazuje to historia proroka Eliasza.
Eliasz chwilę wcześniej stoczył wielką walkę z prorokami Baala. Doświadczył jednak niezrozumienia i zagrożenia, dlatego musiał uciekać. W pewnym momencie miał już dość. Był tak zmęczony, że wolał umrzeć, niż iść dalej. Bóg jednak nie zostawił go w tym miejscu. Dał mu odpocząć, nakarmił go i poprowadził aż na górę Horeb.
Tam Eliasz zobaczył coś bardzo ważnego.
Przeszła gwałtowna wichura, ale Boga nie było w wichurze. Potem przyszło trzęsienie ziemi, ale Boga nie było w trzęsieniu ziemi. Potem ogień, ale Boga nie było w ogniu. Dopiero po tym wszystkim Eliasz usłyszał szmer łagodnego powiewu (por. 1Krl 19)
I właśnie ten obraz bardzo długo za mną chodził.
Bo zrozumiałam, że czasami mocno przesadzałam ze stwierdzeniem: „JESTEM SAMA”.
Patrzyłam na niektóre wydarzenia tylko z jednej strony. Skupiałam się na tym, że ktoś nie może mi towarzyszyć w chorobie, cierpieniu, zwyczajnym wyjściu czy podróży. Skoro nie ma obok mnie konkretnej osoby, to znaczyło dla mnie, że zostałam sama i że coś jest ze mną nie w porządku.
A tymczasem wcale nie o to chodziło.
Jesteśmy ludźmi. Nie możemy być z innymi zawsze i wszędzie, dwadzieścia cztery godziny na dobę, niezależnie od tego, co się dzieje. W wielu sytuacjach jest to po prostu niemożliwe. Czy to jednak oznacza porzucenie?
Zaczęłam dostrzegać, że Bóg, którego doświadczałam przez innych ludzi, nie sprawiał, że byli oni zawsze na moje zawołanie. Czasami ktoś po prostu napisał wiadomość i zapytał, jak się czuję. Czasami ktoś wrócił ze sklepu i przyniósł mi coś ulubionego. Czasami ktoś nie odzywał się przez tydzień czy dwa, a potem mówił: „Nie mogę być, ale pamiętam o Tobie”.
Ktoś obcy przysiadł się w pociągu i zaczął ze mną rozmawiać tak, że czas przestał istnieć.
Ktoś wskazał mi drogę w obcym mieście, kiedy zupełnie straciłam orientację, i zrobił to sam, bez pytania.
Ktoś na spektaklu muzycznym siedział obok mnie. Nie znałam tej osoby i prawdopodobnie nigdy więcej jej nie spotkam, ale przez ten czas w jakimś sensie dotrzymywała mi towarzystwa. Czułam się bezpieczniej tylko dlatego, że ktoś tam był.
Ktoś niósł torbę z cytatem z Biblii: „Bądź mężny i mocny” (Joz 1,9)
Ktoś pomógł mi z bagażem.
Ktoś okazał mi przyjaźń w obcym kraju i mi towarzyszył.
Ktoś był przy mnie, kiedy się bałam i źle się czułam, a ja zapamiętałam to mimo świadomości, że za chwilę ta osoba będzie musiała wrócić do swojego świata.
Ktoś mnie przytulił, kiedy płakałam.
I znowu - być może nigdy więcej tej osoby nie zobaczę. Przyznaję, że znaczna większość tych osób była jakby „na chwilę”.
To dla mnie jest właśnie lekki powiew.
Nie wielkie deklaracje. Nie spektakularne wydarzenia. Nie obecność człowieka na każde moje zawołanie.
Czasami po prostu drobny gest dobra.
Czasami ktoś jest z nami przez lata. Czasami przez kilka miesięcy. Czasami przez jeden wieczór. A czasami przez kilka minut w pociągu albo na koncercie. Niektórzy ludzie towarzyszą nam tylko przez chwilę, ale ta chwila wystarcza, żebyśmy poczuli, że nie jesteśmy sami.
Czy to znaczy, że nie można czuć się samotnym?
Oczywiście, że można.
Czasami to uczucie jest ogromne. Czasami naprawdę daje w kość. Czasami człowiek może patrzeć na innych i mieć wrażenie, że wszyscy mają kogoś, tylko on został sam.
Eliasz też tak myślał.
Nie ruszył dalej dlatego, że nagle jego uczucia zniknęły. Nie dlatego, że samotność przestała go boleć. Ruszył dalej, ponieważ odkrył, że nie jest sam. Bóg był z nim.
I może właśnie to jest najważniejsze.
Bóg czasami działa z mocą. Czasami przychodzi jak coś, czego nie da się przeoczyć. Ale czasami działa tak subtelnie, że bardzo łatwo Go przegapić.
W lekkim powiewie.
W wiadomości.
W czyjejś dłoni.
W przypadkowym spotkaniu.
W człowieku, który pomoże Ci nieść walizkę.
W kimś, kto usiądzie obok Ciebie, chociaż wcale nie musi.
W kimś, kto powie: „Pamiętam o Tobie”.
Dobro naprawdę istnieje. Nawet wtedy, gdy jest bardzo małe.
Jest jeszcze jeden obraz, który pomaga mi o tym myśleć. W Ewangelii uczniowie są na jeziorze. Jest noc, wiatr jest przeciwny, a Jezus nie siedzi razem z nimi w łodzi. I właśnie wtedy widzą Go idącego po wodzie. Przychodzi do nich w samym środku ich trudnej sytuacji. Nie musieli najpierw dopłynąć do brzegu. On przyszedł do nich tam, gdzie właśnie byli. W strachu i samotności. Na początku nawet Go nie rozpoznali (por. Mt 14,22-23).
Może z nami jest podobnie?
Możesz czuć się samotny. Możesz naprawdę doświadczać samotności. Nie trzeba tego uczucia udawać ani sobie wyrzucać. Samotność boli. Czasami jest smutna, a czasami naprawdę przerażająca. Ale samotność nie oznacza, że zostałeś porzucony. Nawet wtedy, gdy patrzysz tylko na zimne ściany swojego pokoju.
Podczas dużego kryzysu często zachęcano mnie, żebym mimo wszystko próbowała wychodzić z domu. Przyznam, że długo nie rozumiałam dlaczego. Przecież trudno jest samemu zjeść w restauracji. Trudno być samemu na koncercie, na wyjeździe czy w kościelnej ławce. Kiedy człowiek już czuje się samotny, wyjście gdzieś samemu wcale nie brzmi jak najlepszy pomysł.
Dopiero po doświadczeniu tych wszystkich małych gestów dobra zaczęłam rozumieć, dlaczego tak bardzo mnie do tego zachęcano.
Bo kiedy wychodzisz z jaskini, tak jak Eliasz, możesz zobaczyć coś, czego nie zobaczysz, siedząc w niej cały czas.
Możesz doświadczyć lekkiego powiewu.
Może nie rozwiąże on od razu całej samotności. Może nawet nie sprawi, że przestaniesz za kimś tęsknić.
Ale przypomni Ci, że świat nie kończy się na czterech ścianach i że Bóg naprawdę może być bliżej, niż myślisz.
Bóg nie jest przewidywalny.
Czasami przychodzi z mocą.
A czasami tak cicho, że trzeba się na chwilę zatrzymać, żeby Go zauważyć.
Życzę sobie i wszystkim czytającym, byśmy byli gotowi do rozpoznania tego, że nie jesteśmy nigdy sami.
A teraz przypomnij sobie drobny gest, który rozjaśnił Twój dzień, zwłaszcza wtedy, gdy byłeś sam :)


