Czy Bogu potrzebny był nasz świat?
![]() |
| źródło: pinterest.com |
„Pochwalony bądź, mój Panie, ze wszystkimi Twymi stworzeniami...” - św. Franciszek z Asyżu, Pieśń Słoneczna (fragm.)
Oczekiwanie na spóźniony autobus sprzyja myśleniu. Pewnej niedzieli tak stałam na przystanku, zastanawiając się czy w ogóle zdążę do celu na czas. Patrzyłam na niebo, na ludzi, na drzewa, na ruch ulicy. W słuchawkach leciała jedna z 790 moich ulubionych piosenek. I nagle pojawiło się pytanie, które męczyło niejednego filozofa jeszcze w starożytności:
Po co właściwie jest ten świat?
Skoro Bóg nas kocha, skoro zaprasza człowieka do życia z Nim, to dlaczego nie stworzył nas od razu w niebie? I tak wierzący człowiek tam dąży. Zamiast tego musimy się zmagać z codziennością, wymyślamy nowe rzeczy, ustalamy systemy, dobro walczy ze złem...
Próbowałam znaleźć odpowiedź. Zastanawiałam się: Czy problemem jest ciało? Ale przecież Jezus jest w niebie w ciele, a Maryja została wzięta z ciałem i duszą. Czy problemem jest wolna wola? Ale aniołowie również jej doświadczyli i dokonali ostatecznego wyboru. Czy naprawdę nie dało się "przeskoczyć" etapu ziemi?
I wtedy przyszła mi intuicyjnie myśl: może odpowiedzią jest miłość Trójcy Świętej.
Właśnie niedawno przeżywaliśmy niedzielę, w której przypominaliśmy sobie Jej tajemnicę. I choć trudno dokładnie opisać Boga w trzech Osobach w prostych zdaniach, to jednak często mówi się, że Bóg jest wspólnotą miłości. Ojciec kocha Syna. Syn kocha Ojca. A Duch Święty jest tą miłością, która między nimi żyje. I ta miłość nie zamyka się w sobie. Ona się „rozlewa”.
Być może dlatego świat istnieje. Jako przestrzeń, w której ta miłość staje się widzialna. W której może się wyrazić, nie tylko wewnątrz Boga, ale właśnie w całym stworzeniu. Nie zostało ono definitywnie ukończone od razu, lecz rozwija się w czasie, dzięki współpracy Boga z człowiekiem.
W tym miejscu zawsze wraca do mnie św. Franciszek z Asyżu. Jego zachwyt nad światem nie był naiwny. On widział w stworzeniu coś więcej niż tło naszego życia. Brat Słońce, Siostra Woda, Brat Wiatr, Matka Ziemia… a nawet Siostra Śmierć. To spojrzenie mówi mi coś ważnego: świat jest przeniknięty dobrem.
A jeśli świat jest owocem dobra i miłości, to nie jest też losowym dodatkiem. Świat, nawet jeśli bywa pełen napięć i cierpienia, nie jest opuszczony.
Przypomina o tym także zbliżająca się kolejna Uroczystość, czyli Boże Ciało. Procesje eucharystyczne z nią związane to dla mnie bardzo poruszający moment. Bóg wychodzi na ulicę mojego miasta i chce błogosławić wszystkim mieszkańcom. Moim sąsiadom, przyjaciołom, współpracownikom. Mojej wspólnocie parafialnej. Chce być w miejscach, w których pomaga się chorym, samotnym, uwięzionym. W miejscach, gdzie ludzie spotykają się by uczyć się, tworzyć albo szukać prawdy. Nie zostaje w oddaleniu, ale idzie tam, gdzie żyją ludzie: w codzienność, w radość, w chorobę i samotność. I błogosławi nawet tym małym stworzeniom, które mieszkają w parku obok, albo mają swoje gniazda na drzewach.
I tutaj wraca odpowiedź na początkowe pytanie.
Być może świat nie jest „zastępstwem nieba”, ale umożliwia nam przejście drogą miłości. Ona by była pełna, potrzebuje dojrzeć jak soczysty owoc. I uczy nas widzenia sensu tam, gdzie wcześniej go nie dostrzegaliśmy.
Nie wszystko jest do końca jasne. Ale coraz bardziej widzę, że nie chodzi tylko o cel.
To nie sztuka stanąć przed faktem dokonanym i nagle powiedzieć „tak” lub „nie”. Sztuką jest powiedzieć „tak”, przejść drogę mimo przeciwności i dalej być szczerze wiernym pierwszej idei.
Może jest to potrzebne, by czasem zatrzymać się na przystanku, rozejrzeć dookoła, docenić widok sobą i dokonać odpowiedniego wyboru.


