Wiara jako lista zadań
![]() |
| źródło: pinterest.com |
O odhaczaniu praktyk i szukaniu Boga
Chrystus Zmartwychwstał! Alleluja!
Czas Triduum Paschalnego, Wielkanocy oraz jej oktawy zawsze skłania mnie ku refleksjom na temat religijności, nie tylko społecznych tendencjach, ale także własnych nawykach. Idealnym przykładem jest błogosławieństwo pokarmów na stół wielkanocny, w którym licznie uczestniczymy.
Obserwując reakcje zebranych, zaczęłam mieć poczucie, że przeżywane Święto traci swoje znaczenie.
Poczułam się niezręcznie, jakby chodziło tylko o to, żeby przyjść, poświęcić pokarmy i… wrócić po prostu do domu z poczuciem dobrze wykonanego obowiązku. Ksiądz przechodził z kropidłem, a część osób już sięgała z napięciem po swoje koszyki. Niektórzy nie czekali do końca modlitwy. Zrobił się tłok. Jedni szybko wychodzili, inni zaczynali głośne rozmowy. Obok kolejka osób do adoracji krzyża i Grobu Pańskiego. Za kilka minut wszystko zaczynało się od nowa.
I wtedy pojawiło się we mnie pytanie: Czy nasza wiara nie zamienia się czasem w listę zadań z kalendarza?
1. Dwa powody religijnego zaliczania.
Nasza katolicka wiara zasadniczo jest wiarą trudną. Mamy przykazania, nauczanie Kościoła, Pismo Święte i różne interpretacje jego tekstu. Niby to oczywiste, ale czasem wszystko zaczyna się zlewać w jedną całość, której trudno nadać sens i konkretne znaczenie. Zwłaszcza, że język którym operuje się w Kościele nie zawsze jest zrozumiały.
Wspomniane trudności czasami prowadzą do tego, że wolimy wiarę zacząć rozpatrywać w ramach listy zadań, którą można łatwo wykonać. Dlaczego tak się dzieje?
Być może robimy to dla tzw. „świętego spokoju”.
Jeśli czegoś nie zrobię, nie pójdę, nie wezmę udziału, to co powiedzą inni? Moja rodzina, znajomi, wspólnota?
Wtedy łatwiej zrobić coś żeby mieć „z głowy” i wrócić do swoich spraw. Modlę się, bo wypada. Idę na rekolekcje, bo wypada. Jestem, bo tak trzeba. A kiedy mam już „odhaczone” - mogę odetchnąć.
Ale gdzie w tym wszystkim jestem ja?
Być może robimy to z lęku. Tworzymy idealne zestawy modlitw, pilnujemy wszystkiego, żeby niczego nie przeoczyć. Bo co, jeśli coś zrobię źle? Jeśli czegoś zabraknie? Czasem zaczyna to wyglądać tak, jakby Bóg miał „odejmować punkty z zachowania”. Unikanie grzechu zamienia się w poszukiwanie perfekcji. Nawet drobny błąd potrafi odebrać pokój.
A może zaczynamy myśleć, że niektórych rzeczy to już nawet nie wypada zrobić, bo jeszcze się pomylimy...
Kiedy wiara zamienia się w checklistę, zaczyna być jedynie uciążliwym systemem pod publiczność. Jednocześnie przestaje być relacją, w której naprawdę może rozwijać się miłość.
2. Od czego warto zacząć, żeby zmieniać listę zadań na relację?
Ja bym zaczęła od... prostej obecności.
Przypomina mi się w tym momencie scena ze Starego Testamentu, gdy Mojżesz w początku swojego powołania pyta Boga o imię. I jako odpowiedź dostaje JESTEM, KTÓRY JESTEM (por. Wj. 3, 13-14).
Przypomina mi się też sytuacja z niedawno odczytywanej w kościołach opisu Męki Pańskiej wg św. Jana, gdzie pytano o Jezusa chwilę przed pojmaniem. On odpowiada JA JESTEM, a obecni wokoło padają na twarz (por. J 18, 4-6).
Bóg najpierw pokazuje, że jest obecny. A dopiero potem, że działa. I może właśnie od tego warto zacząć relację z Jezusem: nie od robienia wszystkiego „jak trzeba”, ale od bycia przy Nim.
3. Obecność w praktyce.
Nie masz słów do modlitwy w konkretnym momencie? Możesz klęczeć lub siedzieć w ciszy.
Zapominasz po wyjściu z kościoła o czym była Ewangelia? Spróbuj najpierw wyobrazić sobie tę historię, odegrać ją w umyśle. Zobaczyć oczami wyobraźni tamten świat, ludzi, ich postawy, emocje. Zobaczyć Jezusa, co robi, jak się zachowuje. Być może zostaną przynajmniej te obrazy, a pewnego dnia przypomnisz sobie odpowiedni werset.
Nie wiesz co się dzieje na nabożeństwie, nawet jeśli to nie jest pierwszy raz? Bądź. Obserwuj. Słuchaj. Weź tekst, podążaj za nim. Nawet nie musisz śpiewać. Na tym etapie to może wystarczyć.
Bóg cieszy się, że jesteś i że próbujesz Go znaleźć.
Może, gdy już za często zapisujemy religijne zadania, to warto nacisnąć restart?
Restart, jako: przychodzę bez udawania że rozumiem. Pozwalam sobie czegoś nie wiedzieć. Zaczynam od zwyczajnego bycia w Kościele, a nie od ogarniania wszystkiego. Jestem gotowa słuchać i dać się prowadzić. Mam odwagę zadawać pytania. Nie uciekam w zaznaczanie wykonanych obowiązków.
Po prostu jestem.
Nie chodzi jednak o zaniechanie wszystkich praktyk, modlitw, czy nauczania, ale o spojrzenie na nie przez filtr obecności i budowania, zamiast widzieć w wierze biurokratyczne obowiązki.
Okres wielkanocny to czas, w którym przeżywamy Zmartwychwstanie Jezusa i pokonanie śmierci.
Co by się zmieniło, gdybyśmy powstali z grobu perfekcjonizmu do głębokich duchowych relacji?
.png)

