Rozpoznać Miłość przy łamaniu chleba

Jezus łamie chleb z uczniami, Wieczerza w Emaus, obraz współczesny
źródło: Współczesne przedstawienie wieczerzy w Emaus (autor nieznany)


O osobistym przeżywaniu Eucharystii

Gdy byłam trochę młodsza, przychodzenie do kościoła potrafiło być niezwykle nudne. Albo bywało swoistym teatrem komentowanym w drodze powrotnej do domu. Choć studia teologiczne wiele w moim życiu skomplikowały to jednak jestem wdzięczna, że je skończyłam. Dzięki nim odkryłam piękno Eucharystii i całej liturgii. Porzuciłam stereotyp spektaklu i dotarło do mnie, że to przede wszystkim spotkanie... z bliską osobą.

Teksty najbliższej niedzieli prowadzą nas do historii uczniów idących do Emaus. Ta opowieść mówi o wielu rzeczach, ale w tym roku widzę w niej szczególnie jeden motyw. To nie tylko historia rozczarowania i ucieczce uczniów, którzy mówią: „A myśmy się spodziewali…”. To także droga, na której ich serce zaczyna na nowo żyć.

Idący do Emaus uczniowie doświadczają czegoś, co sami opiszą później słowami: „Czy serce nie pałało w nas, gdy rozmawiał z nami w drodze?” (por. Łk 24,32). Słowo i rozmowa z Jezusem poruszają ich na nowo. Rozmowa daje im dużo radości. Może przypomnieli sobie jak to jest słuchać dobrego Nauczyciela, którego naśladowali? A może ucieszyli się, że dotarło do nich to, co kiedyś było trudne do przyjęcia?Dopiero później, przy łamaniu chleba, rozpoznają Go w pełni i łączą z tym co mówił o Sobie (por. Łk 24,35).

Z tego fragmentu wypłynął dla mnie ważny wniosek: Jezusa nie zawsze można od razu zrozumieć i zauważyć, ale On daje się nam poznać zarówno w słowie, jak i łamaniu chleba.

Od razu na myśl przychodzi struktura Mszy Świętej: najpierw słuchamy wszystkich czytań, śpiewamy psalm, proklamowana jest Ewangelia, a następnie jej wyjaśnienie. Dopiero potem składamy dary, modlimy się i przyjmujemy Komunię świętą - prawdziwe Ciało i prawdziwą Krew Jezusa. Historia z Emaus ukazuje, że obie jej części: liturgia słowa i liturgia Eucharystii są niesamowicie ważne, ponieważ razem dają możliwość rozpoznania w pełni Jezusa i tego, że nas kocha.  

Eucharystia dla mnie jest miejscem, gdzie jestem przyjęta. Mogę słuchać tego, co Bóg ma mi do powiedzenia. Czasami się zdarzy, że gdy mam kłopoty, a potem przyjdę posłuchać Ewangelii - to to słowo często daje jakieś rozwiązanie, jedną myśl, albo chociaż trochę pocieszenia jeśli robi się w życiu trudno. Wtedy się trochę śmieję: „Panie Boże, Ty zawsze wiesz, kiedy mnie przyprowadzić do kościoła!”.

Lubię, gdy Msza Święta ma w sobie coś z patosu - tradycyjne śpiewy, chór, poczucie wielkości. Nie jako coś sztucznie napompowanego, ale jako coś, co po prostu Bogu się należy, a ja mogę w tym uczestniczyć. Eucharystia jest też momentem, w którym przynoszę intencje innych i swoje własne: lęki, radości, codzienność, a czasem po prostu moją obecność.

Msza święta to takie okoliczności, kiedy nie jesteś sam i zawsze jesteś mile widziany, choć czasami można czuć się trochę samotnie. Ale w tym czasie zawsze możesz powiedzieć: „Boże, nie rozumiem co się dzieje. Próbuję być blisko ale mi nie wychodzi. Spodziewałam się czegoś innego w moim życiu”. I On się pokazuje w łamaniu chleba. Nie zatrzymuje się dla Siebie, ale jest dostępny dla każdego, kto Go pragnie. 

Eucharystia jest momentem, gdzie mogę wyrazić radość, że Bóg jest niezwykle piękny i dobry. Widzę to w monstrancji, w witrażach i malowidłach wokoło mnie, a także w pokojowym nastawieniu wspólnoty. Dotykam na tyle, ile jest człowiekowi dane, że Jego Ciało nas uświęca, a Krew obmywa z naszych grzechów. 

Zdarzają się oczywiście sytuacje, że nastrój, problemy, czy okoliczności zewnętrzne nie pomagają w przeżywaniu tego spotkania, wręcz jest to niezwykle utrudnione, aż wychodzi się z kościoła z pewnego rodzaju niedosytem czy irytacją. 

Jako teolog mam czasami problem, że za bardzo zwracam uwagę na niedociągnięcia w przepisach liturgicznych, niż staram skupić się na ogólnym przekazie. Wtedy nawet żałuję, że wiem coś na co nigdy nie zwracałam uwagi przed studiami. Uczę się, by nawet tę irytację oddawać Panu Bogu. Nie zawsze to wychodzi, więc dzięki temu buduję nawyk cierpliwości do siebie i innych :)

Nie można spodziewać się wszystkiego co ułożymy sobie w głowie, nawet tego jak ostatecznie przeżyjemy Eucharystię... Ale wiem już, że nie jest ona teatrem czy pokazem, że czasami nie ma znaczenia, czy coś będzie zaśpiewane albo która z modlitw eucharystycznych będzie odczytana. 

Moje największe odkrycie tego czym jest Eucharystia? Spotkaniem z najbliższą Osobą, która Cię kocha, przyjmuje, cierpliwie ukazuje i tłumaczy przez celebransa słowo Boże. Z Osobą, która daje Siebie całego, nawet swoje ciało; daje pokój i poczucie więzi. Dodaje poczucia niezwykłości i jednocześnie prostoty tego spotkania, jak bycie z kimś, kogo po prostu się kocha. Nie jest to tylko wyuczona formułka, ale swego rodzaju odkrycie "w drodze". Trochę tak, jak uczniowie mieli swój postój w Emaus, by zobaczyć Jezusa na nowo i ostatecznie powrócić do Jerozolimy. 

Zachęcam, by z tych spotkań korzystać nie tylko w niedzielę, ale też w miarę możliwości w ciągu tygodnia, gdyż On jest gotowy dawać się na Eucharystii niezależnie od daty w kalendarzu. 

 

 

Czy zdarzyło Ci się kiedyś wrócić ze spotkania z Jezusem z poczuciem, że coś zostało inaczej ułożone? Co wtedy się w Tobie zmieniło?

 

Najchętniej czytane