Do cudu po omacku. Kilka myśli z rekolekcji wielkopostnych.
![]() |
| źródło: pinterest.com |
Zaufanie dla trudnych metod
W wielu parafiach przeżywamy obecnie czas rekolekcji wielkopostnych. Ich tematyka nie tylko wiąże się z pokutą, ale przede wszystkim z odkrywaniem własnego wnętrza. Kim jestem? Jaki jestem? Jak dokonać zmiany? Co łączy mnie i Jezusa? Czy jeszcze jest jakaś więź między nami?
Z moich ostatnich odkryć ewangelicznych, także w czasie rekolekcji z pewnością zapamiętam naukę rekolekcyjną z IV niedzieli Wielkiego Postu (Laetare). A opierała się na fragmencie z Ewangelii Jana i pewnie dość znanym uzdrowieniu niewidomego:
"Przechodząc obok ujrzał pewnego człowieka, niewidomego od urodzenia. Uczniowie Jego zadali Mu pytanie: «Rabbi, kto zgrzeszył, że się urodził niewidomym - on czy jego rodzice?» Jezus odpowiedział: «Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale [stało się tak], aby się na nim objawiły sprawy Boże (...). To powiedziawszy splunął na ziemię, uczynił błoto ze śliny i nałożył je na oczy niewidomego, i rzekł do niego: «Idź, obmyj się w sadzawce Siloam» - co się tłumaczy: Posłany. On więc odszedł, obmył się i wrócił widząc". (J 9, 1-4.6-7)
To czego się dowiedziałam podczas homilii zupełnie odwróciło mój obraz, który miałam do tej pory, gdy słuchałam opisu tego uzdrowienia. Zawsze myślałam, że to działało na prostej zasadzie:
1. Jezus zobaczył potrzebującego
2. Zrobił trochę dziwną rzecz (nałożył błota), ale może to ładna symbolika teologiczna do wyjaśnienia.
3. Sadzawka jest może około 100 metrów od miejsca spotkania
4. Ziomek się obmył
5. Chwalcie Pana, mamy kolejny cud!
Tymczasem... sprawa obmycia się wcale nie była tak optymistyczna, jak wynika z tekstu powyżej.
Kiedy rekolekcjonista opowiadał o swoim pobycie w Ziemi Świętej, powiedział przy okazji że wskazane miejsce wcale nie było jakoś obok. Ale trzeba było przejść niemal przez całą Jerozolimę, również schodami i ciasnymi tunelami. Po omacku.
Ewangelia nie opisuje jak to się dokładnie stało. Wiemy jedynie, że Jezus dokonał cudu w taki, a nie inny sposób, a niewidomy odzyskawszy sprawność mógł zaświadczyć o tym, że Jezus jest prorokiem i ostatecznie Mesjaszem.
Zostało mi wtedy w głowie więcej pytań niż odpowiedzi.
Jeśli naprawdę niewidomy musiał przejść przez całe miasto na ślepo… to czy w ogóle da się to zrobić samemu?
Jak wiele czasu minęło od momentu spotkania z Jezusem do obmycia się?
Co czuł niewidomy? Czy spotkał na drodze kogoś życzliwego, obojętnego, zawstydzonego? Czy był wytykany palcami? Zwłaszcza, że na twarzy miał błoto...
Skoro to było daleko – czy robił przystanki, czy szedł z determinacją dzień i noc?
I najważniejsze pytanie jakie sobie zadałam: Dlaczego w trakcie trasy niewidomy się nie wytarł - tylko szedł dalej? W końcu musiał się zorientować, że sadzawka jest za daleko na jego możliwości poruszania się. A nawet nie wiedział kto z nim rozmawiał i kazał iść się umyć.
Tutaj nawet nie pytam o Jezusa, dlaczego zdecydował się na taki ruch, bo On sam podkreśla, że życie i droga niewidomego jest po to, by Bóg mógł uczynić przez niego wiele dobrych rzeczy. Jednak determinacja, którą ma w sobie ubogi bardzo mnie zastanawia.
A może to jest tak, że trochę można we własnym życiu poczuć się takim niewidomym z Ewangelii Jana? Nie wszystkie cuda, jakie Bóg w nas działa, dokonują się w ułamku sekundy. Powyższa historia jest dla mnie wskazówką, że Jezus działa w historii człowieka w sposób indywidualny, biorąc pod uwagę nasz temperament, słabości i realne możliwości. Dla niektórych na dobre wychodzi wstanie w ciągu kilkunastu sekund z ziemi i zabranie noszy, na których się leżało 30-kilka lat, a jeden musi dosłownie przejść proces. I on nie zaczyna się wcale w sadzawce. Ale od spotkania z Jezusem.
Może jest tak, że nie damy rady iść zupełnie sami z naszymi problemami - musi nam ktoś pomóc byśmy mogli powstać, albo przynajmniej ktoś powinien udzielić nam wskazówek, nadać kierunek.
Może jest tak, że kiedy idziemy, to jesteśmy wolniejsi niż żółwie i kiedy inni pną się na ścieżkach kariery i marzeń to my jesteśmy nieco z tyłu. Ale tymczasem postawiliśmy kroki, które do tej pory były niemożliwe.
Może jest tak, że jedni nam wtedy dopingują, a inni wyśmiewają i patrzą z politowaniem.
Może czasami trzeba sobie przysiąść i odpocząć w tym procesie, zanim podejmie się kolejny etap...
Ewangelia pokazuje, że nie wszystkie cuda się spektakularne i piękne, ale są z myślą o dobru konkretnego człowieka. Zmęczonego i pragnącego uzdrowienia. Zmiany życia na nieco lepsze. Nawet nie chodzi o to, żeby droga była łatwa, ale żeby nie przestawać iść. Żeby czasem nie wycierać tego błota z twarzy, bo może jest ono szansą na coś lepszego - trochę szaloną, ale jednak szansą. Myślę, że w to wierzył niewidomy - że nie ma nic do stracenia, a może zyskać coś więcej.
A jak jest z Tobą? Czy już dotarłeś do swojej sadzawki Siloam?


