Jestem defektem...I co dalej?

źródło: pinterest.com
 

Niedoskonałość czyni mnie człowiekiem 

Często się denerwuję na swoje słabości, bo z ich powodu czasami czuję się niewystarczająca. Tego nie mam, tamtego nie umiem, jeszcze innego zabrakło minimalnie, tu nie jestem trendy, tam się przestraszyłam, tam poddałam, a tam zgrzeszyłam itd. Przy wielkiej ambicji świętości i perfekcjonizmie po tym jak już postudiujesz i zapoznasz się z patetycznymi żywotami świętych, to już można spisać się na straty. W dodatku braki, które są we mnie, utrudniają życie w codzienności. Więc łatwo w to wszystko uwierzyć. Jestem defektem. Nie wystarczę. Nawet przed Panem Bogiem. 

Pewnego razu przypomniało mi się, jak grałam dawno temu w Detroit Become Human (reż. David Cage, 2018). Przeszłam w sumie kilkanaście razy. To była świetna rozrywka i zdobyłam platynowe trofeum, bo zrobiłam tam wszystko co się dało :) Fabuła wtedy jeszcze nieco dystopijna, ale dziś niezwykle aktualna; świat zalany sztuczną inteligencją oraz wszechobecnymi humanoidalnymi androidami, które sprzątają, opiekują się ludźmi, obsługują klientów, prowadzą dochodzenia w policji, a nawet tworzą własną muzykę. Najważniejsze pytanie jakie przewija się przez cały interaktywny film: czy android to tylko maszyna o wyglądzie człowieka, czy jednak nowa forma życia? Zwłaszcza, że wiele z nich łamie swoje oprogramowanie i zaczyna "odczuwać" emocje, podejmować autonomiczne wybory. Między dialogiem a przemocą, miłością, a obojętnością, walką o wolność i terytorium, a życiem w ukryciu. To androidy łączące się w pary oraz przerażone...wyłączeniem się. I co ciekawe to właśnie te, które złamały idealny kod są nazywane defektami, wadliwymi projektami. Tym razem to nie jest debata nad SI, ale uzmysłowienie sobie, że to co reżyser nazywa w swoim dziele "defektem" w rzeczywistości jest najbardziej ludzkie. 

Czasem łapię się na tym, że próbuję być idealna jak zaprogramowana maszyna, a kiedy kod się sypie, myślę, że przestaję być wartościowa.

Wiele rzeczy nie umiem, wiele mi brakuje, wiele mi przeszkadza jak patrzę na siebie. A jednak mam zdolność empatii, wyboru, systemy wartości. Mogę pomagać z miłości, mogę być szczera i lojalna, mogę budować relacje, do których nikt mnie nie zmusza. Mogę coś robić - bo chcę coś zrobić, a nie dlatego że mam taki program. Mogę kogoś pokochać i walczyć o słuszną sprawę. A przy tym być zmęczona, zła, samotna, sfrustrowana.  

A co w kontekście Wielkiego Postu? Krzyż. Krzyż był dramatycznym skutkiem ludzkiego defektu miłości. Bo kto mający choć trochę empatii wymyśliłby narzędzie tortur oparte na tym, że przybija się człowieka do dwóch złączonych belek i doprowadza do tego, żeby się udusił? Bez względu na to czy był winny czy nie. 

Jezus w tym wszystkim jest genialny, ponieważ wchodzi w centrum tego defektu. Tam gdzie brakowało miłości - On ją dał podejmując nieludzkie cierpienie. Tam gdzie była najgorsza rzecz jaka istniała - tam przyszedł Chrystus i doprowadził do zbawienia wszystkich. Jezus przychodzi i daje do zrozumienia: "Wiem, że jesteś niedoskonały, wiem że grzeszysz, ale Ja umieram po to byś ty na tym krzyżu nie wisiał. Bardzo cię kocham, dlatego jesteś wart dla Mnie takiej ofiary". 

Bóg nie chce z nas robić perfekcyjnych robotów, które nigdy się nie męczą i mają zestaw instrukcji. Bo roboty nie budują relacji. Wykonują polecenia. A potem się psują i wymienia się je na nowsze modele. 

Bóg pragnie niedoskonałego człowieka, bo człowiek może wybrać miłość i relacje. Podzielić się szczerym uśmiechem. A czasem być zmęczonym i powiedzieć "Drogi Jezu, jestem zmęczony". I to już jest relacja. 

Ta katecheza też jest dla mnie. Trudno mi to pojąć. Nie zawsze mi się to podoba. Lubię dowozić, lubię czuć że robię wszystko jak najlepiej. Nie znoszę, kiedy upadam. Czasami cierpię. 

Ale może to właśnie dobrze, bo to czyni mnie człowiekiem.  

 


Najchętniej czytane