Niedoskonały nauczyciel od zaraz

 

źródło: pinterest.com

O wychowaniu do uczciwego „nie wiem”. 

Dzisiejsze refleksje prowadzą mnie do niezwykle irytujących, ale - jak się potem okaże - cennych doświadczeń.

Jestem na uczelni, spotykam profesorów. Jednego, drugiego, kilku. Każdy jest najlepszy w swojej dziedzinie. Przynajmniej łatwo mogłam wziąć ich za chodzące encyklopedie przy kilkudziesięciu latach praktyki zawodowej.

Miałam także jednego profesora, od którego często oczekiwałam profesjonalnych odpowiedzi, jasnych, zawsze czytelnych wskazówek, dobrych pomysłów, kiedy moje się kończyły itd. I w tym momencie najczęściej zderzałam się z hasłem: „Nie wiem”.

Mogłam to zaakceptować raz, drugi, ale gdy w pewnym momencie wciąż słyszałam: „Muszę to skonsultować”, „Wrócimy do tego kiedy indziej”, „Nie znam tej procedury”, to myślałam, że wyjdę z siebie i stanę obok.

Jak to jest, że wybitny profesor uczelni, z nagrodami, stażem pracy, swoimi książkami, ogólnie całym dorobkiem wypisanym na kilka stron A4, połowę rzeczy, o które pytam, musi ciągle z kimś konsultować?! Jak ON może nie wiedzieć?!

Było to tak frustrujące, że zastanawiałam się, czy jest sens współpracować z kimś takim. Zamiast się jednak obrazić, postanowiłam po przemyśleniu dać temu szansę.

Jak się okazało, Pismo Święte znalazło rozwiązanie także i na ten problem.

Ostatnio pewna osoba, którą już długo znam, przypomniała mi scenę z Ewangelii, gdy Piotr i Jezus siedzą razem nad Morzem Tyberiadzkim i pada trzykrotnie to słynne pytanie: „Piotrze, synu Jana, czy kochasz Mnie?” (J 21,15-17). Ta osoba, choć nie była teologiem, rozłożyła mi egzegezę tej Ewangelii tak szczegółowo, że aż poczułam się wybitną oszustką, chwaląc się moim dyplomem ukończenia studiów. Ale wtedy trochę bardziej zrozumiałam tę scenę i może też trochę to, o co chodzi we własnym powołaniu.

Ta scena jest bardzo ciekawa, bo nie ukazuje Piotra jako najlepszego i najmądrzejszego ze wszystkich Apostołów. Trzy razy pada pytanie o miłość, bo trzy razy Piotr wyparł się Jezusa w Wielki Piątek. A jednak Jezus wcale nie robi na początku sprawdzianu kompetencji Piotrowi. Nie pyta: „Piotrze, czy już wyciągnąłeś wnioski?”, „Czy jesteś teraz wystarczająco dojrzały?”, „Czy możemy mieć pewność, że więcej Mnie nie zawiedziesz?”. Pyta tylko: „Czy Mnie kochasz?”.

I właśnie wtedy Jezus powierza Piotrowi konkretne zadanie: „Paś baranki moje”, „Paś owce moje”, „Paś owce moje”.

Jezus nie degraduje Piotra ani nie odsuwa go od odpowiedzialności z powodu jego wcześniejszej słabości. Przeciwnie - powierza mu pasterską odpowiedzialność mimo jego ograniczeń. 

Nie jest to nagroda za bycie bezbłędnym. Jest to zaufanie.

Jezus ufa swoim uczniom, nawet jeśli nie wszystko jest doskonałe. Może nawet zwłaszcza. W bycie człowiekiem jest wpisana bezradność i niewiedza. Jesteśmy jednak powołani, by dzielić się możliwościami takimi, jakie są w nas, i umieć korzystać z pomocy innych. W końcu Piotr nie prowadził Kościoła sam. Przecież miał wokół siebie pozostałych Apostołów.

Nie jest to przyjemne, absolutnie. Jednak zrozumiałam, że niewiedza jest stanem, który nie jest wyrokiem o mojej wartości. Mówi o mnie po prostu tyle, że czegoś nie wiem - i mogę znaleźć odpowiedź. Nie umiem, ale mogę się nauczyć. Zapomniałam, ale mogę sobie przypomnieć.

Pewnie to właśnie chciał mi pokazać mój profesor.

Przyznanie się do słabości czy niewiedzy nie jest pokazaniem, że jest się beznadziejnym. Jest po prostu uczciwe, autentyczne i… pełne człowieczeństwa.

Może właśnie to sprawiło, że ostatecznie nie obraziłam się na niego. Bo jednak o wiele lepiej buduje się relacje, kiedy ich fundamentem jest zwykła ludzka uczciwość i prawda. O wiele lepiej skorzystać z czyjejś pomocy, niż próbować ciągle polegać tylko na sobie.

Jezus nie wymaga od Piotra udawania, że jest kimś, kim jeszcze nie jest. Apostoł może odpowiedzieć z tego miejsca, w którym naprawdę się znalazł.

Sami nie chcemy często przyznać się do niewiedzy. Ja właśnie tak myślałam: że to straszny wstyd, a moje osiągnięcia to zwyczajne oszustwo, choć przecież realnie wypracowałam wiele kompetencji. Myślimy, że przyznanie się do niewiedzy odbiera nam autorytet, że okażemy się słabi i niepotrzebni. A to nie jest nasza rzeczywistość, tylko często nasz osobisty lęk. 

Jest to też dobra nauka dla nas, dorosłych, zwłaszcza na początku roku szkolnego. Nauka dla nas, budujących relacje z ludźmi, którym przekazujemy wiedzę i wartości - także z dziećmi. Niezależnie od tego, czy jesteśmy rodzicami, opiekunami, nauczycielami, wychowawcami, czy po prostu bliskimi osobami.

Bardzo chcemy, by uczniowie, studenci i podopieczni opływali w sukcesy, jeździli na olimpiady, zdobywali tytuły albo po prostu mieli największy dobrobyt, jaki tylko można sobie wymarzyć.

Jednak sama odkrywam też, że dobre wychowanie to również wychowanie do uczciwego powiedzenia: „Nie wiem”.

Że za „nie wiem” odpowiedzią nie musi być kara, ale zachęcanie do poszukiwań.

Za „nie potrafię” odpowiedzią nie musi być wyśmiewanie, ale towarzyszenie i motywowanie.

Za „zapomniałem” odpowiedzią nie musi być natychmiastowe ocenianie, tylko pokazanie kierunku dalszej pracy.

To na nas, dorosłych, spoczywa zadanie odczarowania braku wiedzy - zamienienia go z katastrofy w zwyczajną informację, z której można wyprowadzić człowieka na dobrą drogę.

To nie oznacza pobłażania lenistwu. Oznacza pokazanie, że niedoskonałość nie jest równoznaczna z byciem beznadziejnym.

Im bardziej wychowawca będzie potrafił sam przyznać się do błędu, tym łatwiej podopieczny może dojść do tego, że przyznanie się do niewiedzy nie jest porażką.

I chyba właśnie dlatego ta postawa powinna zaistnieć również w naszych parafiach i na katechezie.

Dziś wiele osób ma sceptyczny stosunek do wiary. Niektórzy są bardzo zagubieni, mają wiele pytań albo trudności ze zrozumieniem, o czym tak naprawdę naucza Kościół.

Im więcej w Kościele przyzwolenia na „nie wiem” i tworzenia przestrzeni na wspólne poszukiwania, tym więcej osób może poczuć się w nim przyjętych jak w domu, zamiast mieć poczucie obcowania ze sztywną instytucją.

Bo Jezus nie myli niedojrzałości z brakiem wartości człowieka.

Czasami człowiek mówi: „Nie potrafię tego, więc się do tego nie nadaję”.

A w wychowaniu ważne jest, by pokazać: „Nie potrafisz tego jeszcze. Więc czego potrzebujesz, żeby się tego nauczyć?”.

Dobry wychowawca może powiedzieć: „Nie wiem. Sprawdzę”. „Nie jestem pewien. Wrócę z odpowiedzią”. „Nie wiedziałem, jak się w tej sytuacji zachować. Muszę się zastanowić”.

I to nie odbiera mu autorytetu. Czasem wręcz przeciwnie.

Dziecko może dzięki temu zobaczyć dorosłego, który nie musi udawać wszechwiedzącego, żeby być godnym zaufania. Bo wychowanie nie polega na produkowaniu ludzi, którzy zawsze znają odpowiedź. Polega również na uczeniu ich, co zrobić wtedy, kiedy odpowiedzi nie znają.

Uczmy zatem innych mówić uczciwie: „Nie wiem”. Uczmy szukać odpowiedzi. Uczmy wracać i próbować jeszcze raz.

Piotr nie musi przedstawiać Jezusowi idealnej wersji siebie. My też tego nie musimy robić. 


 

 

 

 

Najchętniej czytane